Jak rodził się polski biznes. „Było 8 ścieżek dojścia”

Jak rodził się polski biznes. „Było 8 ścieżek dojścia”

Dodano: 
Mieczysław Wilczek
Mieczysław Wilczek 
Gra ukrytymi zasobami, prywatyzacja, self-made mani, technokraci i kontakty z władzą – na takie różne sposoby można było na początku lat 90. zacząć budować w Polsce fortunę. Udało się jednak niewielu.

Szymon Krawiec, „Wprost”: Ścieżka pierwsza?

Prof. Krzysztof Jasiecki: Na przykład gra ukrytymi zasobami: walutą, kontrabandą, nawet bonami Peweksu. Pamiętam jak samorządowcy mówili mi, jak na początku lat 90. w kierunku Poznania biegły gigantyczne kanały transportu alkoholu, papierosów, przeróżnych nieoclonych towarów z Zachodu. Nikt nie był w stanie tej ilości oszacować. Nawet pracownicy z GUS, którzy przyjechali wtedy na miejsce, ale szybko przepędzili ich kierowcy ciężarówek z tą kontrabandą. To była wolna amerykanka.

Tak zaczynał Solorz.

Na przykład. Kupował za granicą lizaki, potem elektronikę, potem trabanty i sprzedawał je w kraju z dużym zyskiem. Palikot handlował jogurtami. Koniunktura zmieniała się w trybie natychmiastowym, a w kraju nie było właściwie niczego. Trzeba było mieć jednak ten zmysł, co się akurat teraz sprzeda, na co będzie zbyt, kto to kupi, gdzie i za ile. Albo mieć wiedzę od kogoś z góry na co warto stawiać.

To już chyba drugi sposób na zostanie najbogatszym, czyli dobry kontakt z władzą.

Tak zaczynał na przykład Gawronik, który uruchomił pierwsze kantory. Trzeba było mieć dobre kontakty na górze, wiedzieć, że akurat pojawiła się taka możliwość i mieć na to zgodę. To były okazje, które już się nie powtórzą i to był ten urok wczesnego kapitalizmu.

Prywatyzacja była taką niepowtarzalną okazją.

W tamtych czasach w naszej części Europy wystawiano na sprzedaż tysiące przedsiębiorstw. Proszę sobie wyobrazić, że tylko jeden szwajcarski koncern technologiczny ABB kupił w Europie Środkowo-Wschodniej 2,4 tys. firm! Lata 90. to było Eldorado. Jeśli nie ma czytelnych reguł, jeśli wszystko się zmienia, to pieniądz nabiera zupełnie innego znaczenia. Ten sam milion dolarów zainwestowany wtedy w Polsce miał inne znaczenie niż zainwestowany na Zachodzie.

Zero reguł?

Reguły jakieś tam były, ale razem z nimi masa problemów i nieoznaczoności. Nie istniał na przykład rynek wyceny. Skąd się brały firmy, które szacowały wartość jakiegoś prywatyzowanego przedsiębiorstwa? Ano stąd, że ktoś zatrudniał trzech studentów, dostawał licencję, wieszał szyld i działał. Według jakich kryteriów wyceniano? Najbogatsi Polacy mówili mi, że przy sprzedaży Wedla wzięto pod uwagę tylko wartość budynków i gruntu. A przecież firma miała wtedy w Polsce ponad 50 proc. udziałów w rynku czekolady.

Kto o tym decydował, ile co było warte?

Formalnie ówczesne Ministerstwo Przekształceń Własnościowych, ale tego typu instytucje wraz z infrastrukturą rynkową w naszej części Europy dopiero powstawały. Ludzie, którzy je tworzyli nie mieli żadnego doświadczenia, bo nikt wcześniej na świecie nie prywatyzował socjalistycznych firm. Pojawiały się pytania jakimi metodami to robić. Wzorowano się na tych zachodnich, ale one nie do końca były dobre. Kiedy Margaret Thatcher prywatyzowała w Wielkiej Brytanii, to był to przecież rynek, który działał od stuleci, miał rozbudowaną giełdę, wielkie prywatne firmy. W skali kraju wszystko było w fazie tworzenia lub przekształcania. Brakowało np. ksiąg wieczystych, sprawozdań finansowych, badań rynkowych, nie mówiąc o giełdach czy dużych firmach prywatnych.

Jak to jest, że jedni potrafili utrzymać się w gronie najbogatszych do dziś, a drudzy po paru latach bankrutowali? Wszyscy zaczynali przecież podobnie.

Najtrudniejsze było to wychodzenie z garażu, czyli przestawienie się z małej na dużą firmę. Trzeba było znaleźć menadżerów, delegować uprawnienia, wdrożyć jakieś modele zarządzania. Dobrym przykładem była kariera Janusza Leksztonia, który w latach 90. produkował kotły gazowe. W kilka lat jego firemka wyrosła na krajowego potentata w tej branży. Mimo wszystko nadal była prowadzona jak mały zakład rzemieślniczy. Rozliczana na podstawie księgi przychodów i rozchodów, nie miała zarządu, rady nadzorczej, była skrajnie centralizowana, co doprowadziło do utraty kontroli i bankructwa Leksztonia.

Woda sodowa niektórym też uderzała do głowy.

Często, ale to zrozumiałe. Ludzie musieli odreagować, no bo jak latami panowała bieda, niczego nie było i nagle okazuje się, że można mieć prawie wszystko, to wiele osób tego nie wytrzymało. Kupowali samochody, którymi i tak nie jeździli, stawiali pałace, w których i tak nie mieszkali, kupowali kilkadziesiąt zegarków, a i tak nosili jeden i ten sam.

Co z tymi, którym jednak się udało?

Kulczyk na przykład został przedstawicielem Volkswagena w Polsce. Zasada pierwszym dealerem Mercedesa. Starak Alfy Romeo. Jak ktoś umiał się podpiąć pod wielkie zagraniczne koncerny, które wtedy wchodziły do Polski, to rósł razem z nimi. One niosły go na swojej fali.

Władza nie pomagała?

Pomagała, a wręcz pierwszy polski biznes budowała. Środowisko „Solidarności” to byli przecież dziennikarze, intelektualiści, pisarze, nie ekonomiści. Biznes wiązał się więc raczej z ludźmi z poprzedniego ustroju. Aleksander Gudzowaty, który zajmował kierownicze stanowiska w centralach handlu zagranicznego, użył swoich kontaktów, stworzył Bartimpex i zaczął handlować z Rosjanami. Ireneusz Sekuła, który z wicepremiera w rządzie Rakowskiego przeistoczył się w nomenklaturowego biznesmena z cygarem i szklanką whisky otworzył z Mieczysławem Wilczkiem firmę Polnippon, która miała zajmować się transportem lotniczym i handlem z Japonią.

Ktoś powie: takim to się dopiero żyło!

Niekoniecznie. Sekuła parę lat po założeniu Polnipponu zbankrutował. Popełnił zresztą samobójstwo. Rzekomo przez długi. Mieczysław Wilczek, z którego nazwiskiem do dzisiaj kojarzy się szerokie otwarcie na przedsiębiorczość w końcu PRL, w III RP też nie miał najłatwiej i ostatecznie popełnił samobójstwo. Gawronik, który dzięki kontaktom z poprzednią władzą, stworzył pierwszą sieć kantorów, został aresztowany na osiedlu w Nadarzynie, gdzie kiedyś mieszkałem.

Czy dzisiaj coś zostało z tego kapitalizmu z początku lat 90?

Ludzie zostali. Solorz, Starak, Niemczycki. A jak zostali ludzie, to i firmy z tamtych lat. Ale w całej masie zostało ich niewielu, bo przy wielkich korporacjach, które weszły do Polski nasz biznes nie mógł odgrywać większej roli.

Dlaczego z tej starej gwardii to Kulczyk odniósł największy sukces?

Może dlatego, że miał lepszy start? Miał od rodziny milion dolarów na wejście w biznes. Miał ojca, który już w PRL prowadził firmę w Niemczech. Miał wykształcenie. Znał języki. Dysponował zagranicznymi kontaktami.

Dzisiaj w Polsce ktoś mógłby zrobić karierę w jego stylu?

Trudno, żeby w Polsce urodził nam się nowy Kulczyk i tak szybko doszedł do gigantycznego majątku. W latach 90. tempo otwierania rynków w tej części Europy było najszybsze w historii gospodarki całego świata. Taka okazja już się nie powtórzy.

To może w stylu Solorza?

On zaczynał od handlu. A co pan dzisiaj będzie takiego w Polsce sprzedawał, żeby na tym tyle zarobić? Palikot w latach 90. zarobił masę pieniędzy na sprzedaży win musujących. No ale to dlatego, że takich win wtedy w Polsce nie było. Dzisiaj mamy praktycznie wszystko. Trzeba by wejść z jakimś zupełnie nowym produktem, z jakąś innowacją, ale takie rzeczy rzadko w Polsce powstają.

Kariery robią dzieci najbogatszych Polaków, ale niekoniecznie w firmach rodziców, bo tych przejmować nie chcą.

Polscy milionerzy, którzy zaczynali w latach 90. powinni już odchodzić na emeryturę, a tego nie robią, bo trudno rozstać im się z firmą, którą budowali kilkadziesiąt lat. Traktują ją jak swoje dziecko, boją się, że nowe pokolenie zrobi mu krzywdę, dlatego zwlekają z sukcesją. To dla mnie niepokojące, bo jeśli nie będziemy budować rodzinnego biznesu, to będziemy budować kapitalizm w oparciu o spółki skarbu państwa. Będzie on upartyjniony, wyrwany ze społecznego kontekstu, sprowadzony do gry politycznej.

Prof. Krzysztof Jasiecki, socjolog gospodarki, wykładowca m.in. UW i SGH, wieloletni pracownik naukowy Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Bada działania elit gospodarczych i politycznych, aktywności hrup nacisku i lobbingu gospodarczego, materialnych i społecznych aspektów bogactwa. Autor wielu prac naukowych i książek, m.in. „Kapitalizm po polsku” czy „Elita biznesu w Polsce”.
Wywiad pochodzi z nr 36/2019 tygodnika „Wprost”

Czytaj też:
Był jednym z najbogatszych Polaków, państwo zniszczyło mu firmę. „Przeżyłem piekło na ziemi”
Czytaj też:
Oto 35 najbogatszych polskich rodzin. Co robią synowie i córki polskich miliarderów

Źródło: Wprost